| Ulubione zajęcie: „Atakowanie” bieli płótna - wywiad z Anną Szandałą |
| Recenzje - Małgorzata Bożek | |||
![]() Ania ma wygląd nastolatki. Kiedy siedzimy na miękkich, wygodnych fotelach w jej firmie i pijemy kawę, zastanawiam się ile ma lat. Proszę ją, żeby pokazała mi swoje obrazy. Przynosi czarne, nieduże, dość płaskie pudełko z wyciętym w górnej jego części kwadratem, przez który widzę pierwsze fragmenty jej obrazów. Kolor – intensywny, soczysty – kontrastuje z kolorem wieka poczernionego jakby węglem, kojarzącego się z surową scenografią starych teatrów. Odsłaniam kurtynę i zaglądam do środka. Portfolio? To nie jest portfolio. To jest dosłownie moja praca dyplomowa. Na Akademii praca dyplomowa wygląda tak, że możesz napisać tzw. tekst autorski o sobie, a raczej o tym, co malujesz. No i kiedy pisze się taką pracę, trzeba przygotować do niej dokumentację swojego malarstwa. Normalnie wszyscy robią tak, że to jest po prostu na kartkach, a ja wymyśliłam, że zrobię też coś, co będzie samo w sobie obiektem, jakby samo w sobie dziełem sztuki. Dobrze, może na początek powiesz mi co malujesz? Co można zobaczyć na Twoich obrazach? Drewniane klocki (śmiech). Drewniane klocki, bo na akademii na pierwszym i na drugim roku obowiązkowo malowaliśmy martwe natury. Jeszcze za naszych czasów generalnie było tak, że to była martwa natura albo człowiek. Ja wolałam malować martwą naturę. Dlaczego? Bo dawała skupienie, a człowiek na Akademii to były przeważnie obfitych kształtów modelki, które nie fascynowały mnie swoją wizualnością. Poza tym ja lubię przedmioty i te przedmioty poprzez możliwość skupienia, pozwalają budować własny świat. Stąd wzięła się moja Anatomia porządku. Miałaś wystawę pod tym tytułem w opolskim ZPAP. Tak to była cała wystawa podyplomowa, właśnie w ZPAP w Opolu. Pokazywany był tam mój dyplom i dyplom mojego męża – Irka. No tak, ale co z Anatomią porządku – możesz mi to wyjaśnić? To był cały cykl prac. Wymyśliłam sobie taką idee, że porządkuję przestrzeń obrazu, że buduję takie właśnie układy, które mają być prostą kompozycją – uporządkowaniem tej kompozycji – również uporządkowaniem elementów świata. Chciałam, żeby dawały takie poczucie i stanowiły jednocześnie rozważania na temat ideału. Moje prace to przedmioty abstrakcyjne – wszystko z klocków! Już od czwartego roku nie malowałam nic innego tylko właściwie klocki. Dla mnie to są prace, które coś przedstawiają, ale właściwie w odbiorze są tak naprawdę abstrakcyjne. Ja wychodzę od przedmiotu, można powiedzieć, że jest on praprzyczyną mojego malarskiego świata, czyli możesz mówić, że moje obrazy są konkretne, wychodzą od rzeczywistego, materialnego przedmiotu. Uniwersalność tego przedmiotu daje możliwość prowadzenia gry malarskiej i ten element spontaniczności i nieograniczonych możliwości towarzyszących zabawom okresu dziecięcego. Zresztą pisałam o tym wiele w swojej pracy dyplomowej. Nie zmienia to jednak faktu, że tak naprawdę, w odbiorze, kiedy patrzysz na sam obraz, moje prace są właściwie abstrakcją. Są trudne do zinterpretowania… Trudne do zinterpretowania – tak. Ale z drugiej strony też łatwe do zinterpretowania – każdy może sobie sam interpretować dany obraz dla siebie. Czyli Twoje prace są jak najbardziej dziełami otwartymi? Tak, w swoich obrazach oddziałuję kolorem – tam jest strasznie ważny ten kolor – ale przy tym daje dużo możliwości interpretacji. Tam gdzieś zabrzmią jakieś idee porządku, tej mojej anatomii spokoju, uporządkowania, właśnie tego, że malowanie, sama praca nad obrazem daje Ci specyficzny rodzaj spokoju. Pozwala właśnie „coś tam” uporządkować, „coś tam” układać, sprawia, że to nie jest tylko malowanie dla pokazania jakiejś idei, ale taka forma medytacji poprzez tworzenie czy raczej pracę twórczą. To oddaje chyba w jakiś sposób Twoją osobowość, prawda? Nie… Słuchaj Gosiu, to było tak: na Akademii zawsze panuje twórczy bałagan i brud. Te martwe natury, które układają i które mamy malować, są takie zardzewiałe, brudne, stare, to trochę takie śmieci do namalowania. Z jednej strony akademia była fantastycznym miejscem, ale z drugiej po paru latach miało się trochę dość – dość tych martwych natur, które są właściwie zawsze takie same, no i gdzieś tam chciałam właśnie odnaleźć swój świat, taki bardziej uporządkowany świat – taki, jak lubię. Z drugiej strony ten świat, obok spokoju i uporządkowania, był mocny w kolorze, miał generować energię. Na Akademii zawsze się mówi „przełam kolory”, ja żartowałam, że „zbiera się brud z podłogi”, miesza z farbą i wychodzą właśnie takie „przełamane” kolory, po prostu szarobure. To było takie charakterystyczne na Akademii i ja właśnie od tego chciałam uciec. Kolory w moich obrazach zawsze były takie czyste, dźwięczące, musiały posiadać właśnie taką energią – nie mogły być „szarobure” – co jest bardzo krakowskie, takie właśnie bardzo akademickie. Ale to się chyba zmieniło. Mówiłaś wcześniej, że malowanie może nosić w sobie „nieograniczone możliwości towarzyszące zabawom okresu dziecięcego”. Jak to się u Ciebie zaczęło – czy właśnie od tych zabaw, a konkretnie malowania jako zabawy? Czy może rodzice zaszczepili Ci „artystycznego bakcyla”? Wiem, że Twój tata jest malarzem, zresztą mama jako architekt też ma wiele wspólnego ze sztuką… Sama nie wiem… To prawda, że wychowywałam się w domu, gdzie zawsze się tworzyło, gdzie sztuka była obecna. Tata skończył Akademię, tyle, że jego specjalnością była grafika, potem zresztą zajął się głównie projektowaniem właśnie grafiki użytkowej. Projektował plakaty, bardzo dużo okładek do książek, głównie właśnie projekty zwane grafiką użytkową. I to wcale nie było tak, że rodzice mnie bardzo namawiali do tego malowania, tata na przykład wręcz bardzo nie chciał, żebym szła do liceum plastycznego. Rodzice uważali, że lepiej jest skończyć szkołę ogólnokształcącą, a potem ewentualnie zdecydować się na Akademię Sztuk Pięknych. Okazało się jednak, że wcale nie było to takie proste, bo chodziłam do liceum ogólnokształcącego i brakowało mi tego czasu na malowanie. Dlatego w sumie potem miałam po liceum rok przerwy, żeby przygotowywać teczkę na ASP, bo w czasie szkoły nie miałam na to właściwie czasu. A myślałaś kiedyś o czymś innym niż ASP? Nie. Kiedy byłam w liceum to już właściwie po pierwszej klasie wiedziałam, że nie będę chciała iść do żadnej innej szkoły tylko na Akademię. Wtedy byłam nawet rozgoryczona, że nie poszłam od razu do liceum plastycznego. Niby chodziłam do takiego liceum twórczego, ale ono wcale nie było twórcze… więc całe liceum byłam zła (śmiech). To było liceum w Opolu? Tak. Szkoła pomimo swojej nazwy była mało twórcza. Co prawda miałam grupę koleżanek, z którymi w jakimś stopniu szukałyśmy kontaktów – z teatrem, artystami i ogólnie ze sztuką. Uczestniczyłyśmy w kulturalnym życiu Opola, ale to nie był ciągły kontakt ze sztuką. W domu tak, bo rzeczywiście chyba od pieluchy chodziłam na wystawy – z rodzicami, potem też już bez nich. Artyści przychodzili do nich, odwiedzali, to był też ten specyficzny krąg znajomych. Więc pewnie jest trochę tak, że człowiek wychowuje się w jakimś domu, coś tam obserwuje i trochę taki styl życia jest w nim na pewno zakorzeniony, to, że sztuka jest wokół nas, że jest ważna, że się w niej uczestniczy, tworzy ją. A jeśli chodzi o Twoje dzieci, czy chciałabyś, żeby były artystami? Nie wiem, co odpowiedzieć na to pytanie… Chciałabym, żeby moje dzieci robiły to, co sobie zaplanują. No tak, ale zaszczepiacie im takie „twórcze usposobienie”, wychowując je tak, a nie inaczej. No tak. Jak żyjesz w takim domu, jak dom moich rodziców, którzy nie chodzili do tzw. pracy „od-do”, np. do biura – tzn. mama częściowo chodziła, bo mama była architektem, ale potem właściwie jak już zrezygnowała i pracowała na swoje konto, to było podobnie jak teraz z nami. W tym sensie, że czasem mama pracowała całą dobę, jeśli było dużo pracy i tego wymagała sytuacja, ale potem była w stanie poświęcić mi cały dzień i szłyśmy na wycieczkę albo właśnie na wystawę. Pracowała tak intensywnie wcześniej, że mogła sobie na to pozwolić. Dlatego nic bardziej w życiu mnie nie przeraża jak etat, taka praca do której przychodzę codziennie na osiem godzin i robię zazwyczaj to samo. Ja lubię robić codziennie coś nowego, zmieniać, wymyślać, kreować, tworzyć. To, że prowadzimy własną firmę sprawia, że troszkę możemy być jakby panami swojego losu, możemy podejmować nowe wyzwania, robić coś twórczego i w sumie nigdy się nie znudzić. Kiedy decydujesz się na jeden zawód, czy raczej stanowisko, to jest też tak, że często przez wiele lat wykonujesz tę samą pracę. Wiem, że to zależy od predyspozycji i tym podobnych rzeczy, mówię w tym momencie wyłącznie o sobie. Ja ciągle chciałabym robić coś twórczego, ale jakby innego jeszcze niż to, co robię teraz. Np. malować, bo niestety teraz nie maluję, ale też wiele innych, nowych rzeczy. A wracając do pytania – Frycek może zostać kim chce i Ksawery też, nie wiem, co będzie. Dlaczego teraz nie malujesz? Cóż… kobiecie trudniej jest być artystką. Zwłaszcza, kiedy ma się rodzinę, trudno to wszystko pogodzić. Ważne jest wsparcie tej drugiej osoby, jej zrozumienie dla potrzeby i znaczenia czyjejś sztuki w życiu. Mam to szczęście, że mój mąż rozumie to świetnie. Ja sama przestałam malować, kiedy byłam w ciąży, zapach farb, cała ta chemia nie wpływały na mnie dobrze, nie chciałam zaszkodzić dziecku. Potem kiedy Fryderyk, starszy syn, podrósł, wróciłam do malowania, malowałam nawet razem z nim. Mieliśmy dwie sztalugi w pokoju przeznaczonym na pracownię – on malutką, ja taką normalnych rozmiarów – bardzo to lubił. Potem miał się pojawić Ksawery i sytuacja się powtórzyła, ale na pewno wrócę do malarstwa, zresztą Frycek wręcz mi zarzuca, że tego nie robię, mężowi też. Twój mąż Irek też jest artystą malarzem, razem kończyliście ASP. Teraz można powiedzieć, że tak jak rodzice zajmujecie się sztuką użytkową… No więc przejęliśmy sposób pracy, jak mówisz, właśnie po moich rodzicach. Sporo artystów prowadzi teraz tak jak wy agencje reklamowe bądź pracuje właśnie w tej branży. Nie można się utrzymać z samej sztuki? Zależy jaką się ma rangę. Jest dużo artystów i są Ci wyjątkowi. Oni na pewno są w stanie utrzymać się z samej sztuki, ale to naprawdę są Ci wyjątkowi, to są te jednostki. Ale tego rodzaju praca dostarcza Ci na pewno nowych wyzwań? Projektowanie użytkowe, prowadzenie Informatora Galerie i Poland-art, to wyzwanie strategiczno-twórcze i bardzo pochłaniające. Satysfakcjonujące, ponieważ ciągle związane ze sztuką i w ciągłym rozwoju. Bo pomimo tego, że chciałabym pracować manualnie, znowu malować, czuć zapach farby i zmierzyć się z magią bieli płótna, to od zawsze interesowała mnie teoria i historia sztuki, dzięki temu mam ciągle z tym kontakt. A projektując, mam nadzieję, że daję światu coś estetycznego, dobrze zaprojektowanego, no i ciągle jest przed nami twórcze wyzwanie. Dziękuję Ci bardzo za rozmowę. Małgorzata Bożek Wywiad zrealizowany został w ramach Studium Dziennikarskiego Uniwersytetu Pedagogicznego w Krakowie i opublikowany po raz pierwszy na łamach Gazety Internetowej Studium@WWW
|




















