| Polowanie na kulturę. Wojciech Plewiński w Muzeum Narodowym w Krakowie. |
| Recenzje - Katarzyna Ślęzak | |
![]() Wystawa jest kolejną retrospektywą przygotowaną w tym roku przez Muzeum Narodowe w Krakowie. Całkiem niedawno mieliśmy okazję zapoznać się z dorobkiem artystycznym Lecha Majewskiego. Tym razem, prezentowane fotografie podsumowują 50 lat pracy twórczej Wojciecha Plewińskiego, wielokrotnie nagradzanego fotografa teatralnego, autora licznych portretów, artysty, którego z powodzeniem można określić mianem „kronikarza” krakowskiego środowiska artystycznego powojennej Polski. Tytuł wystawy „Szkice z kultury/szkice z natury” każe spodziewać się pewnego przeprowadzonego podziału. Rzeczywiście, oprócz fotografii teatralnych oraz portretów ludzi kultury i sztuki, znajdziemy tutaj także kilka pejzaży, kilka zdjęć zwierząt, kilka ujęć przedstawiających organiczne formy tafli zamarzniętej rzeki. No właśnie - kilka, a na ekspozycję składa się przecież blisko 300 zdjęć. Zapytany o to, w niedawnym wywiadzie dla „Przekroju”, Wojciech Plewiński wyjaśnia, że pojęcie natury to nazwa bardzo pojemna, i że, jakby nie było „wszyscy jesteśmy fragmentami natury”. Dlatego natura to w tym rozumieniu- dla przykładu- akty. Bezpośrednią inspiracją dla wystawy był album „Szkice z kultury” wydany w 2010 r. Większość z publikowanych tam fotografii można zobaczyć do końca sierpnia w czterech salach Gmachu Głównego. Nieliczne pojawiające się sceny przedstawiające przyrodę można uznać za zapowiedź kolejnego albumu, który ma nosić tytuł „Szkice z natury”. Ekspozycja została zaaranżowana oszczędnymi środkami: fotografie w czarnych lub białych passe-partout, czasem za szybą, obwiedzione czarną cienką ramą; na białych ścianach skupione w grupy zdjęcia, uporządkowane salami, według haseł: „Akt”, „Portret kobiecy”, „Portret własny”, „Portret”, „Teatr”, „Zauważone”, „Łowy”. Autor w swoich pracach wydobywa maksimum możliwości fotografii czarno-białej. Znajdziemy tu zdjęcia bardzo różne. Są takie, które bazują na silnym kontraście bieli i czerni w różnych proporcjach, często- wręcz graficzne, jak na przykład kadr przedstawiający ogrodzenie z drucianej siatki. Czerń bluzek i golfów modelek, w której, według wspomnień artysty, lubowały się „te ze światka artystycznego”, Plewiński z powodzeniem zamienia w abstrakcyjne plamy, za pomocą których odważnie komponuje płaszczyznę. Raz wydobywa postacie z ciemności, innym razem zatapia je w świetle. Kolejne, subtelnie buduje na delikatnie różnicujących się szarościach. Jeśli fotograf eksperymentuje, to za pomocą oszczędnych środków: kontrastem, fakturą, światłem. Nawet gdy fotografuje sytuację zaaranżowaną („Portrety własne”), to nie jest ona przerysowana, nie narzuca się widzowi swoją wyszukaną atrakcyjnością, jest wciąż naturalna, bardzo prawdziwa. Zdjęcia Plewińskiego, czy to reportaż, portret, akt, czy nawet zdjęcia zwierząt- zawsze cechuje estetyczna elegancja. Wśród portretowanych znajdziemy kobiety zjawiskowo piękne, zmysłowe, pewne siebie, ale również: bardzo dziewczęce i świeże. Fotografia młodej Anny Dymnej to prawdziwa maestria; trudno wyobrazić sobie coś bardziej sensualnego i niewinnego zarazem. W pamięć zapada profil Agnieszki Kęsickiej, ze zdjęcia wykonanego w 1988 r. Fotografowanie urodziwych dziewcząt wchodziło niejako w zakres obowiązków Wojciecha Plewińskiego, w czasach, gdy współpracował z „Przekrojem”. Dla tego tygodnika wykonywał fotografie mody, reportaże, i właśnie, okładki ze zdjęciami młodych, atrakcyjnych tak zwanych „kociaków”. Pokazywanie piękna i zwyczajności w czasach traktorzystek i przodowniczek pracy było pionierskim w Polsce pomysłem pierwszego redaktora naczelnego gazety- Mariana Eilego. Plewiński obracał się w środowisku krakowskich twórców, z wieloma z nich się przyjaźnił, stąd nie brakowało okazji do fotografowania, a i sami portretowani z chęcią pozwalali się uwieczniać. Z oczu postaci bije spokój, ich sylwetki są rozluźnione; fotograf nie jest intruzem, dlatego zdjęcia wychodzą bardzo naturalnie. Te kadry pozwalają wejść w świat ukazywanej osoby, ujawniają widzowi fragment czyjegoś życia, osobowości, moment nastroju. Równie wnikliwie artysta portretuje zwykłego człowieka. Dowodem na to może być poruszający cykl zdjęć z roku 1961 przedstawiający pensjonariuszy Domu Pomocy Społecznej. Ukazuje mnogość postaw u kresu życia: żal, smutek, zadumę, pogodzenie się z losem, ale też- niegasnącą pogodę ducha pomimo gasnącego ciała. Autor- nieobojętny na otaczającą go rzeczywistość- to także fotografie przyporządkowane do grupy „Zauważone”. To miejsca i sytytuacje, często takie, których już nie można zobaczyć. Te zdjęcia stanowią wyjątkowe świadectwo minionych czasów oraz wrażliwości artysty. Tak jak w portretach Plewiński stara się pogłębić modela psychologicznie, tak przezentowane akty wydają się być bezosobowe. Decyduje o tym specyficzne kadrowanie. Autor pozbawia modelki głów, zakrywa twarze, lub pokazuje z perspektywy, która uniemożliwia ich rozpoznanie- zaciera cechy indywidualne. W aktach bohaterem jest sama kobieca sylwetka jako archetyp, pewna symboliczna formuła. Znajdziemy na wystawie zdjęcia z cyklu „Przenikania”, w których fotograf zastosował technikę nakładania negatywów, osiągając efekt odrealnienia przedstawianych scen, fantastyki. W tej kategorii prac, właściwie w kontekście calej wystawy, wyróżnia się kilka zupełnie abstrakcyjnych fotografii przedstawiających fragmenty ciała. Jedyne kolorowe zdjęcie na wystawie to brzoskwiniony kadr damskiego brzucha. W fotografiach teatralnych objawia się pełnia artystycznego kunsztu, oraz głębokie pokłady intelektualne Wojciecha Plewińskiego. Mistrzowsko operuje światłem i ruchem, by za ich pomocą oddać specyficzny klimat każdego spektaklu. Te zdjęcia są wyjątkowe również dlatego, że nierzadko możemy na nich podglądać reżysera czy scenografa przy pracy, co sprawia, że imponujące artystycznie kompozycje stają się również dokumentem, ukazującym całość twórczej energii, która kreuje teatr. Plewiński współpracował ze scenami na terenie całego kraju, jednak najściślej był związany z Krakowem, szczególnie z Teatrem Starym. Jest na wystawie także kilka scen myśliwskich, zebranych pod hasłem „Łowy”. Plewiński polował w czasach, gdy obejmował stanowisko w Instytucie Zootechniki w Krakowie. W jednym z wywiadów artysta porównuje zawód fotografa do praktyki myśliwego. W obu przypadkach tropi się „zwierzynę” i czeka na właściwy moment. Ważny jest refleks. Ciężko oprzeć się wrażeniu, że artysta potrafi wybrać najwłaściwszy, niepowtarzalny, najmocniej przepełniony sensem ułamek sekundy. Tak więc refleks oraz umiejętność skłonienia odbiorcy do refleksji- to kolejna zręczność autora. Jeżeli ktoś oczekuje intensywnych wrażeń w kontaktach ze sztuką, wystawa może mu się nie spodobać. Eksponowane fotografie nie wyskakują z kadrów i nie osaczają myśli, nie wchodzą nam na głowę. Działają dyskretniej. Zainteresowanym uchylą rąbka tajemnicy, pozwolą odetchnąć atmosferą czasów, które choć utrwalone, minęły. Piękniejsze, o bardziej wyrazistym smaku, prawdziwsze, wypełnione znaczeniem. Choć może to jedynie skłonność człowieka do legendaryzowania przeszłości. Nawet jeśli- warto wejść w świat zdjęć Wojciecha Plewińskiego. Westchnąć i zatęsknić. tekst/foto: Katarzyna Ślęzak Szkice z kultury/szkice z natury Fotografia, czyli świat – wystawa Wojciecha Plewińskiego Muzeum Narodowe w Krakowie Wystawa trwa do 28 sierpnia 2011
|




















