Komiksy na metry - Iwona Siwek-Front
Wystawy Kraków - Atelier Iwony Siwek-Front
iwona_siwek_front_komiks

Cytując przewrotnie tekst z dzieła kolegi Franka Maśluszczaka, mogę śmiało powiedzieć: maluję od małego.

W podstawówce rysowałam wszystkim bulby w pamiętnikach i w zeszytach. Były to głowonogi z wielkim okiem, którym towarzyszyły dowcipne teksty wpisane w chmurki dialogowe. Z czasem powstawały inne groteskowe dziwolągi, wszelakie ludziki oraz złośliwie przedstawione zastępy ZOMO z czołgami.

W liceum podręczniki do greki i łaciny, całe miałam zarysowane postaciami i notatkami, bo też uczący nas prof. Korus i Styka przymykali na me poczynania naukowe oko.
Moją wyobraźnię pobudzała widać wiedza o nieskazitelnym antyku w kontekście z codziennym życiem w siermiężnych, późnych latach 80-tych. Wszystkim ówczesnym „komiksowym” postaciom przypisywałam regularnie teksty. Brałam je z gazet, z TV czy od dorosłych (zasłyszane gdzieś w terenie). Zaczęłam też komponować z rysunków mini fabuły, oparte raczej na dialogu niż na opisach sytuacji jak to było  np. w biblii wszechczasów – „Tytusie, Romku i Atomku”. Setki postaci z moich szkicowników i rysunków zaczęły ewoluować. Tłumki ludzików czekały tylko  na jakąś eksplozję.
I bomba wybuchła - na ASP, gdzie trafiłam do pracowni Filmu Animowanego prof. Jerzego Kuci i Krzysztofa Kiwerskiego (który podłączył mnie od razu do ówczesnego wynalazku – komputera Amigi 4000). Postacie z rysunków nabrały nowego znaczenia i tempa, bo wskoczyły do filmu gdzie mogły się poruszać. Zaczęłam tworzyć tzw. „filmy o niczym”, a dzięki pracy na Amidze nie musiałam długo czekać na efekty, jak w przypadku taśmy filmowej. Powstawały historyjki o złośliwej babie, która utopiła się w miednicy za swoje intrygi; o inż. Kazimierzu Zającu (mieszkańcu wieżowca), który nie mógł spać w nocy i wciąż knuł na hałaśliwych sąsiadów; o przepełnionych tramwajach gdzie ktoś komuś wydłubał oko parasolem; o kosiarzu, który golił murawę na łyso po to by zaimponować dużej seksownej babie, itd. Zawsze protagonistami było stado charakterystycznych typków i koniecznie w ich otoczeniu musiało być sporo tzw. grozy społecznej. Pociąg z mojego filmu pt: „15:10 do Yumy” też rozjechał krwawo bohatera, wywalając mu flaki z brzucha „na bogato”. Pokaz filmu odbył się w Rotundzie w ramach jakiegoś festiwalu studenckiego, ale klaskali nieliczni.
Za film o kolesiu, który przez całą noc szalał po barach, a nad ranem zjadł autobus, dostałam wyróżnienie podczas Studentenkurzfilmtage w Munster (1993) i zaproszenie na Frauenfilmfestival do Dortmund. Takie były moje początki.



Rysowany komiks życia rozbudowywał się  latami w nowe historyjki, czy to na papierze czy w filmikach.  Zaczęłam też podpisywać każdy obraz, rysunek, szkic dokładną datą, godziną i temperaturą. Tak powstawał swoisty notatnik - dokument. Kiedyś, wszystkie te prace zróżnicowane plastycznie i formatowo, porozkładałam według dat na podłodze wzdłuż pracowni. Cały ten zestaw wyglądał jak rozwinięta taśma filmowa. Wtedy pomyślałam, czemu by nie rysować komiksów na metry? Tak się szczęśliwie złożyło, że akurat na ul. Gołębiej 3 powstała Cafe Migrena (2001), gdzie właścicielki dały mi do dyspozycji wszystkie ściany, mówiąc słodko: „..zrób coś tutaj”.  Byłam w swoim żywiole. Wzdłuż ścian powstał chyba najdłuższy komiks w Mało/Polsce, który kreśliłam przez pół roku (od 6.VI.2001 do 27.X.2001) . Co dziennie pijąc rano kawę w Migrenie, rysowałam na ścianie flamastrem po kawałku moje dzieło, po 2 - 3 kamieniczki z okienkami, w których coś się działo. Dokumentowałam tym samym mnóstwo zdarzeń, miejsc, plotek, ludzi. Przeniosłam ulicę Gołębią do wnętrza kawiarni, zapisując w ten sposób kawał historii tutejszej enklawy Krakowa! Niestety, komiks (zwany też szlaczkiem) obrosły już kultem, po 9 latach bytności na ścianie, zamalował bezmyślnie nowy właściciel. Na tle szlaczka udzielano wywiadów, odbywały się sesje zdjęciowe do czasopism, do TV, do filmu.
Ten komiks naprawdę żył. Każdy go czytał, oglądał „pod lupą” bo na ścianie kotłowało się od przeróżnych akcji i tekstów..
Ale cóż, nieczułym emigrantom-psujom musimy wybaczyć, zasymilują się kiedyś to i  pojmą jaką krzywdę uczynili.




Po przygodzie ze szlaczkiem w Cafe Migrena, zakupiłam 10 metrową rolkę grubszego papieru i zaczęłam działać.  Pierwszy komiks na metry to był „Bar”. Rysunek ciągnął się początkowo na 4 metry. Fabuła właściwie bez fabuły jako takiej (jak i w„filmach o niczym”), opierała się na dialogach wziętych żywcem z baru (dialogi są zawsze skrzętnie przeze mnie zapisywane albo nagrywane na dyktafon). Dzieło posłużyło mi po latach jako pomysł do zrobienia filmu „Bar”.  Komiks powieszono w Łodzi w hali pofabrycznej w ramach Festiwalu Komiksów (2009), miał około 20 metrów.
 
Można by się spierać czy to co nazywam komiksem to w ogóle jest komiks?
Kompozycja moich rysunków przecież daleko odbiega od wszelkich przyjętych konwencji tego gatunku. Te komiksy nie mają formy zeszytów, w których funkcjonuje  podział na pola, kadry, gdzie toczy się akcja. Nie ma opisu miejsca, nie ma scenariusza. Komiks żyje własnym życiem i nie wpisuje się w żadną koniunkturę. Sens rysunków rozbudowuje się pod wpływem nowych, codziennych wydarzeń. A nowe teksty dopisuję non stop. Metry papieru z rolki też zaprzeczają formie komiksu. Nie da się tej taśmy zarysowanego papieru pociąć sensownie na kawałki albo wsadzić w jakieś ramki, dosłownie i w przenośni. Wszystko dzieje się na raz, na jednej płaszczyźnie.

Komiksy o kobietach pt: „O czym szumią baby” osiągnęły kilkanaście metrów,  były pokazane w Klubie pod Jaszczurami (2007). Potem Centrala Komiksu zawiozła Baby do Pragi (na Festiwal Komiksów), gdzie było im naprawdę dobrze w Galerii Lapidarium. W zeszłym roku natomiast opowieści bab pojechały do RFN, gdzie zrobiły odpowiednie wrażenie, bo Niemki czytając teksty konały ze śmiechu. W końcu dylematy natury kobiecej są  wszędzie jednakowe bo życie samo pisze dialogi, a ja nic nie wymyślam tylko „poluję” i wrzucam na papier.
Konsekwencją moich eksperymentów z komiksami są ostatnie filmy animowane (z 2009), do których zbierałam materiały „socjologiczne” przez kilka lat. Materiały potraktowałam  naukowo i tak powstała praca pt: „Semiosfera mojego Miasta. Notatki”.

Typki z ulicy wskoczyły do komputera i zmieszały się z nagraniami z dyktafonu,  nabierając nowej mocy. Najbardziej znamienne są filmy „Bar” i „Tramwaj” ponieważ opierają się na dziesiątkach  dialogów nagranych w autentycznych okolicznościach. Nagrywanie materiałów w barze było całkiem przyjemne bo obfite w nowe doznania towarzyskie i twórcze. Jak wiadomo – bar, to epicentrum wiedzy o życiu i miejsce obnażenia oblicza konsumentów. Tramwaj natomiast odebrałam jak jakiś pojazd obciążony psychicznie dla społecznych frustratów. Wypowiadane dialogi przez pasażerów stwarzały dość sarkastyczną atmosferę , dotyczyły raczej ogólnej niechęci ludzi do otoczenia. Oliwy do ognia dolał  na końcu wściekły kanar.
Film „Taxi” oparty jest na monologu taksówkarza, który wiezie kobietę i opowiada jej o swoich przygodach z klientami. Jest to kilkuminutowy zlepek tekstów zmontowany z  wypowiedzi kierowców taxi, którzy wiedzą wszystko najlepiej i na każdy temat. Zebrałam kilkanaście godzin nagrań z panami taksówkarzami i  mam taksówek serdecznie dość jeszcze do dziś. Ale montaż tego filmu sprawił mi niezłą frajdę.  Na monologu opiera się też filmik o artyście, który miota się pomiędzy konsumpcyjną galerią handlową a światem osaczonym przez krytyków sztuki i kuratorów. Artysta trafia w końcu do psychiatry, który każe mu iść na piwo na Rynek.

Jest jeszcze filmik o autentycznych psach krakowskich - zestawienie dwóch psich charakterów: wystąpił Felek II – jamnik Pana Rektora (pies turysta z dobrego domu) i Miluś Morderca – kudłaty przyjaciel doktora psychologii (specjalisty od transwestytów).  
Te moje animacje to nic innego jak taki ruchomy komiks „na głośno” z pewnym  przesłaniem społecznym. Komiks o niczym w formie otwartej opowieści, która zakończy się wraz z moim zyciem…
Aktualnie opracowuję „opowieść na metry” o własnym mózgu pt: „Neurony miejskie”. Cykl szkiców zaprezentowałam już na wystawie mojemiastonotatki w Pałacu Sztuki (3.III-3.V.2011).

tekst: Iwona Siwek-Front

Dodaj do:

Wykop    Facebook